360
Cofanie w czasie udało mi się aż dwa razy - w wersji Polskiej i Wielkomorawskiej. Upał się spisał, aż mieliśmy ochotę go przeklinać, choć lepsze to, niż gdyby miało padać.
Mam mnóstwo drobiazgów przywiezionych z Wolina i kilka fajnych wspomnień. Cieszę się, że nie spędziłam tych dwóch weekendów w upalnym Krakowie.
No i B. wrócił w końcu z mazur, więc jestem szczęśliwym człowiekiem
Mój blog dryfuje coraz bliżej BLIP-u. Pod względem długości notek, a nie częstotliwości. Nie konkuruje też z Blipem pod względem ilości goście, bo mnie w zasadzie nikt nie czyta. Może i lepiej :)
Wróceni z Tallina, który powalił na kolana, następny cel - Wolin. W międzyczasie praktykuję w biurze turystycznym, co byłoby nawet miłe, gdyby nie te upały. Tylko żeby się nie skończyly jak sie cofnę do 10 wieku :/
Upalne zniechęcenie
Ahoj
Do zobaczenia za tydzień :)
Ciekawe, czy przez to obleję rok. Jakoś bardzo się nie przejmuję, po prostu będę miała pokręcony czerwiec.
Misja Sukosan :)
Jak my chichoczemy, to z dyskretną powagą.
Bo nasz gitarzysta jest burakiem.
Bogumił, Bogumił! I NENUFARY!
A tak w ogóle to wszyscy zdrowi.
Moja głowa mnie nie lubi. Za tego wczorajszego bailaysa, wczorajszy adwokat, wczorajszą żołądkową i wczorajszą wiśniówkę. Nie wiem co sądzi o kawie, ale myślę, że ma sporo racji, że moja własna część ciała ma mi za złe wczorajszy dzień. A raczej późny wieczór.
Dobrze, że na dzisiejszym występie nie muszę śpiewać, tylko tańczyć. Radomiu, trzymaj się :)
PS. Na niebieskich rejach zbiera się coraz lepsza ekipa. Chcę wierzyć, że zaśpiewamy jeszcze razem.
Kraków wiosną jest jednak piękniejszy od Wrocławia. Choć zakochałam się w Krasnalach i Tostini, którymi Brożek próbowała mnie zabić ("a do Krakowa wrócimy z K.")
Bardzo, bardzo pozytywny weekend. Począwszy od smutnego pana, który zabrał nas na stopa, ale przez trzy godziny słowem się nie odezwał, a skończywszy na koncercie the Dubliners, którzy pomimo pierwszego wrażenia ("próbowałem uchwycić moment, w którym żywa legenda staje się już tylko legendą") okazali się jeszcze pełni życia ("I wish I had someone to love me", albo siedemdziesięciolatek skaczący z gitarą na jednej nodze przez całą scenę). Po drodze było picie czystej pod Operą Wrocławską, gra w Skata kiedy robiło się już jasno i pyszna kawa z ekspresu w doborowym towarzystwie.
Nowi znajomi nie zapomnieli, chociaż niektórzy mieli drobne problemy ze zlokalizowaniem nas w pamięci (mina, która dobitnie świadczy: "skąd ja cię do cholery znam?")
Nie było tylko Starego Portu, naszych ukochanych barmanów którzy zrobią ci grzane piwo o dowolnej porze albo sami zaproponują kawę.
Bolesny powrót do rzeczywistości. Na szczęście sezon Patrykowy obfituje w występy, a 30 marca pierwsze morze - kurs na stopień sternika w Gdyni.